Czarne chmury przywołują historię, czyli gdzie jesteście przyjaciele moi?
Rocznica odzyskania Niepodległości zbiegła się w czasie z
próbą wywołania przez naszych wschodnich sąsiadów konfliktu na granicy, co
skłoniło mnie do refleksji na temat naszej historycznej i obecnej pozycji
międzynarodowej, a także możliwości reakcji na powstałe zagrożenie. Rozwiązania
wspomnianej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej (nazwanej już przez
polityków i media wojną hybrydową) opozycja upatruje w zaangażowaniu w sprawę
naszych europejskich i amerykańskich koalicjantów. Żądają więc od nieudolnego
ich zdaniem rządu, zwrócenia się o pomoc do UE i NATO, szukają jej także – nie
pierwszy już zresztą raz – wywrotowymi sposobami na własną rękę. Oczywiście nie
uważam, że prośba o wsparcie jest czymś uwłaczającym (w tej sytuacji może nawet
jest konieczna) pytanie tylko brzmi na co możemy liczyć ze strony naszych
Zachodnich „sprzymierzeńców” (i kogo właściwie możemy do nich zaliczyć)? Na
deklaracje potępiające akty przemocy, nieskuteczne sankcje i dobre rady? Tym, którzy uważają, że pokój i
dobrobyt w kraju nad Wisłą zapewnią nam nasi europejscy i amerykańscy
sojusznicy, dla otrzeźwienia chciałbym przypomnieć kilka historycznych faktów,
jak ta pomoc wyglądała w poprzednim wieku. Podeprę moje dywagacje cytatami z
książki „Optymizm nie zastąpi nam Polski” Józefa Mackiewicza, która dużo mówi
zarówno o naszej ufności w stosunku do Zachodu, ale także o postawach naszych
historycznych wrogów jak i przyjaciół w kontekście wydarzeń XX wieku.
Czy dobre stosunki międzynarodowe podnoszą poziom naszego
bezpieczeństwa – tak, czy są jego gwarantem – zdecydowanie nie. Jak pokazuje
historia, decyzje i działania poszczególnych państw powinny nas skłonić do
większej ostrożności, jeśli chodzi o poleganie na naszych sojusznikach.
Odpowiedź na pytanie kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem nie jest prosta i tutaj
powinniśmy się opierać na jedynej wiedzy jaką w tej materii posiadamy - naszej
historii. Przeciętny Kowalski jako historycznych sojuszników uznałby zapewne
Francję, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, za wroga wskazując Rosję i
Niemcy, co jest ogromnym uogólnieniem. Przyglądnijmy się więc nieco naszym
stosunkom z tymi krajami. Zaczynając od wrogów. Ciekawa jest tu pewna
sprzeczność, gdyż mimo ogromu krzywd jaką wyrządzili nam Niemcy - nie tylko w
ostatniej wojnie - to duża część polskich środowisk politycznych oraz ich
wyborców upatruje we współpracy z Niemcami (zawsze próbującymi ustawiać nas w
roli wasala, a bynajmniej nie partnera) szansę na pomyślność Polski, naiwnie
wierząc w ich uczciwe zamiary, oraz chęć zmazania dawnych win. Przykładów na to
czy możemy ufać naszemu zachodniemu sąsiadowi nie zamierzam omawiać,
przypominając tylko trzy rozbiory i ostatnią wojnę światową.
Odmienny stosunek mamy do Rosji, którą niezmiennie - bez
zbędnej kurtuazji - nazywamy naszym wrogiem, z jednej strony wpisując się w
dzisiejszą oficjalną retorykę państw Zachodu, z drugiej pamiętamy jeszcze
długotrwałą powojenną sowiecką okupację, biedę, prześladowania, zakłamanie i
wszystko złe co się z nią wiązało. Kierowanie się emocjami i chęcią rewanżu na
Rosji powoduje jednak popadanie w skrajności, w tym przypadku przykładem jest
nasz euroentuzjazm i uzależnianie się od UE (któremu słusznie, choć
nieskutecznie opiera się nasz rząd). Jak trafnie pisał Józef Mackiewicz już po
wojnie „W zupełnie odmiennych warunkach, ale w analogicznym niebezpieczeństwie,
znajduje się dziś Polska. Potęga Bloku Komunistycznego pcha ją w komunizm.
Potęga Bloku Demokratycznego pcha ją w drugi komunizm, aby „ulepszyć”
pierwszy.”
Więcej uwagi, mimo wszystko chciałbym poświęcić naszym
rzekomym sojusznikom, w których przyjaźń chcieliśmy i wciąż chcemy wierzyć,
mimo tego, że wielokrotnie nas zawiedli. Nie jest to bynajmniej atak w kierunku
wspomnianych wyżej Państw, bardziej przygana w naszą własną stronę, za myślenie
życzeniowe, wyolbrzymianie wagi niewiele znaczących gestów, przekonanie o
swojej mesjańskiej roli w Europie, ofiarność niewspółmierną do wynikających z
tego korzyści, czy zawierzanie deklaracjom niemożliwym do wyegzekwowania. Jak
pisze we wspomnianej książce Józef Mackiewicz: „Wzajemne stosunki państw nie są
wiązane węzłami uczuciowymi. W polityce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół
całkowicie oddanych, a w dodatku słabych”.
Nawiązując tylko do wydarzeń II wojny światowej - w czasie
trwającej kampanii wrześniowej Hitlera doświadczyliśmy zdrady ze strony Anglii
i Francji, których premierzy Chamberlain i Daladier wspólnie postanowili nie
robić nic, aby dotrzymać złożonych wcześniej Polsce pisemnych zobowiązań (co z
moralnego punktu widzenia porównać można do ustaleń ministrów Ribbentropa i Mołotowa).
Mimo sporego zaskoczenia takim rozwojem sytuacji, nie wyciągnęliśmy wniosków z
tej lekcji całą wojnę wierząc, że koniec końców właśnie te kraje pomogą nam
odzyskać suwerenność. Mackiewicz pisze: ‘’Przez te pięć lat znaliśmy tylko
jedną formułę: Walczymy wiernie u boku Anglii i nie troszczymy się o los
Polski. Nawet gdyby Anglia pozornie nie szła po linii interesów polskich, to w
końcu nie minie nas nagroda i Polskę otrzymamy z rąk Anglików”.
Mimo obietnic składanych naszym politykom i działaczom na emigracji,
dla Francuzów i Anglików sprawa Polski była drugorzędna i choć nie można
naszych ówczesnych władz winić, że prosząc o pomoc chwytały się brzytwy, to
efekty tamtych starań były łatwe do przewidzenia. Jak pisze Mackiewicz: „W
globalnych interesach Anglii, fakt, czy państwo sowieckie będzie miało swoje
granice na Dnieprze, Horyniu, Wiśle, czy kilkaset kilometrów dalej na zachód,
na Warcie, ma oczywiście znaczenie, może nawet znaczenie duże, ale nie tak
znowu duże, ażeby się mogła wyrzec sojusznika, który sam jeden na swych barkach
wytrzymał przez trzy lata całą niezwyciężoną potęgę niemiecką. Znaczenie tych
kilkuset kilometrów nie stoi oczywiście w żadnej proporcji do faktu, że ten
sojusznik przełamał potęgę niemiecką. A więc tego sojusznika Anglia cenić musi.
Raz, że nie jest całkowicie oddany, dwa, że nie jest słaby. Cóż by mu mogła dać
w zamian za jego pomoc i zwycięstwo? Czy ma mu dać Dardanele? Drogę na Suez?
Drogę na Indie? Skandynawię z dostępem do północnego Atlantyku? Woli nie. A
więc całą Europę zachodnią? Przenigdy! Ale dać musi nie mniej, a więcej, niż
żądał Mołotow w Berlinie przed wojną niemiecką. Więc daje Polskę. - To
jasne…Churchill nigdy i nigdzie nie powiedział, że zamierza wydać Europę na
pastwę Sowietów. Nigdy w swych doskonałych mowach nie dał tego do zrozumienia
nawet. Natomiast wyraźnie oświadczył, że oddaje pół Polski bolszewikom (linia
Curzona), a następnie on, jak też liczne posunięcia jego rządu, dają jasno do
zrozumienia, że jest zamiarem Anglii traktować całą Polskę jako sferę wpływów
sowieckich.”
Co z naszym obecnie największym sojusznikiem – Stanami
Zjednoczonymi? Już w pierwszych tygodniach po napaści Niemiec na Polskę
Amerykanie ogłaszając neutralność, pokazali jak odległa jest dla nich kwestia
suwerenności Polski. Bierność Roosevelta pokazała - co zresztą nigdy nie było
tajemnicą - że Amerykanie dbają tylko o swój interes (a w pomocy Polsce takiego
nie upatrywali) i liczą się tylko z dużymi graczami. Jak sam kiedyś powiedział
w rozmowie z nowojorskim arcybiskupem Spellmanem: „Naszym celem nie jest
ratowanie czegokolwiek w Europie przed Sowietami. Najlepiej byłoby, gdyby
Stalin zajął Europę do kanału La Manche, to wtedy będzie tam nareszcie
spokój." W pierwszej połowie 20 wieku konkurencją dla USA nie było ZSRR
ale Wielka Brytania, mająca szerokie wpływy na świecie dzięki swoim koloniom.
Im dalej sięgały wpływy ZSRR tym słabsza była Anglia, co odpowiadało Stanom
Zjednoczonym umacniającym swoją pozycję na zachodzie Europy. Mimo więc
wszystkich gestów i nie popartego żadnymi wymiernymi działaniami deklarowanego
wsparcia, w planach USA nigdy nie uwzględniano ratowania Polski (nie
wspominając o haniebnym blokowaniu przez Roosevelta starań Polski o jej
wyjaśnienie zbrodni katyńskiej). Nawet wzrost zagrożenia ze strony ZSRR i późniejsza
„zimna wojna” nie skłoniła kolejnych amerykańskich prezydentów do podjęcia
tematu wyswobodzenia Polski z sideł komunizmu. Podkreślić należy fakt, że co my
nazywamy grzechem zaniechania, dla Amerykanów było jedynie rachunkiem
politycznym. Polska jawiła się im jako niewiele znaczący kraj bloku
wschodniego, którego można pozyskać dla celów politycznych za niewielką cenę,
więc i spisać na straty niewielkim kosztem. Tak było kiedyś, tak jest i
dzisiaj. Kto więc i na jakiej podstawie (mimo poprawnych stosunków
międzynarodowych i niewiele znaczących deklaracji przyjaźni w ostatnim
dwudziestoleciu) wyniósł Stany Zjednoczone do rangi naszego realnego
sojusznika, skoro nie jesteśmy dla nich szczególnie znaczącym partnerem
handlowym, czy wsparciem militarnym? Bez wskazywania palcem jest to efekt
chciejstwa i ufność w uczciwe zamiary Amerykanów oraz przecenianie swojej pozycji międzynarodowej. Patrząc więc na
historię, przed ochoczym budowaniem baz i lokowaniem amerykańskich żołnierzy na
swoim terytorium, powinniśmy byli zrobić poważny rachunek zysków i strat (mając
świadomość, że Amerykanie żyją z wywoływania i prowadzenia wojen poza swoim
terytorium destabilizując i doprowadzając do ruiny całe regiony pod pretekstem
szerzenia, bądź obrony demokracji – jednak jest to temat na osobną rozprawkę).
Nie chciałbym być źle zrozumianym, nie promuję tutaj
polityki izolacjonizmu. Pragnę tylko na znanych mi przykładach wyrazić, jak
bardzo złudne potrafią być sojusze, jak niewiele znaczą mniejsze bądź większe
sympatie i więzy w obliczu własnych interesów, czego Polacy - a przynajmniej
ich część - nie potrafi i nie chce zaakceptować. Sojusznicy wielokrotnie
pokazali nam w biedzie, na ile z ich strony możemy liczyć. Czy to znaczy że nie
powinniśmy szukać sojuszników? Oczywiście nie, jednak musimy być świadomi, że w
stosunkach międzynarodowych jak i w polityce nie ma prawdziwych przyjaciół,
kierowanie się obowiązkiem i honorem należy do rzadkości, a zapewnienia i
obietnice w krytycznej sytuacji mogą nie znaleźć pokrycia. Należy więc
ostrożnie dobierać sojuszników i w relacjach kierować się zasadą ograniczonego
zaufania. Dobrze też należy się zastanowić, kiedy sytuacja jest na tyle poważna
aby szukać pomocy zagranicznej (szczególnie jeśli chodzi o spory wewnętrzne,
gdy domaganie się przez grupy nieprzychylne rządowi interwencji ze strony
Państw ościennych, jest sygnałem słabości Państwa, sprzyja naszym oponentom i
może doprowadzić do tragicznych skutków, ale to kwestia na osobny artykuł). Gdy
już jednak się na to zdecydujemy, dokładnie zastanówmy się o co chcemy
poprosić, aby zewnętrzna pomoc nie pogorszyła naszego położenia.
Komentarze
Prześlij komentarz