I niech sprawiedliwości stanie się zadość.
Prosząc przeciętnego Polaka aby w trzech słowach opisał swoje odczucia w stosunku do polskiego wymiaru sprawiedliwości zapewne najczęściej usłyszelibyśmy niechęć, nieufność, bezradność. Nie są bynajmniej kierowane w stosunku do samej instytucji sądów będących podstawą funkcjonowania Państwa, ale do przedstawicieli tegoż ważnego aparatu. Źle na temat polskiego sądownictwa wypowiadają się nawet Ci, którzy nigdy nie przekroczyli progu sądu – ich zła sława ma swoje korzenie w historii, bierze się także z dużej ilości krążących wśród społeczeństwa opowieści oraz z doniesień medialnych - komentowane szeroko nie są wszakże sprawiedliwe wyroki i szlachetne zachowania przedstawicieli zawodów prawniczych, ale sprawy w których zapadł bezduszny czy niewspółmierny do winy wyrok lub gdy ujawnione zostają godne potępienia praktyki reprezentantów wymiaru sprawiedliwości. Coraz częściej dowody takiego postepowania możemy zobaczyć w Internecie w postaci nagrań z sali sądowych udostępnianych przez strony procesu. Co możemy tam zobaczyć? Arogancję, brak otwartości na argumenty, lekceważenie podsądnych, a także nieprzygotowanie do pracy urzędników sądowych, a to wszystko bez zapoznania się z aktami sprawy. Zdarzają się też sytuacje śmieszne (choć tragiczne) jak ta nagrana niedawno w Sądzie w Żywcu gdzie pozwany stawiając się na przesłuchanie, pomylił drzwi sali sądowej i trafił na odbywającą się w godzinach pracy sądu sporą imprezę. Nie został jednak zaproszony, a budynek opuścił w asyście Policji.
Negatywne oceny
biorą się przede wszystkim z bezpośredniego kontaktu z instytucjami sądów i
prokuratury, a to już bardzo źle o nich świadczy. Jakkolwiek początkowa ocena
pracy sądu i werdyktu sędziowskiego dla obu stron postępowania (ze względu na
osobiste emocjonalne zaangażowanie) jest zawsze subiektywna (i najczęściej
różna), to jednak z czasem patrząc na chłodno jesteśmy w stanie stwierdzić czy
proces był uczciwy, a wyrok sprawiedliwy dla obu stron. I właśnie w tej kwestii
jest najwięcej zastrzeżeń. Prywatnie nie miałem sposobności wyrobienia sobie
jednoznacznej opinii na omawiany temat do czasu błahej skądinąd sprawy, w
której (będąc poszkodowanym) po blisko 3 latach od wszczęcia postępowania w
sprawie kradzieży, jedyną wiążącą decyzją sądu jest zasądzenie mi (oczywiście
zgodnie z prawem) 500 złotych kary za niedawne niestawienie się na kolejnym
przesłuchaniu w roli świadka (mimo posiadania mojego wcześniejszego zeznania).
Uwaga – na wymierzenie kary i wręczenie pisma poszkodowanemu sąd potrzebował 3
dni roboczych, choć od 3 lat nie potrafi zasądzić kary oskarżonemu. Właśnie
tego rodzaju chimeryczne decyzje budzą największe uprzedzenie obywateli do
wymiaru sprawiedliwości, mnie z kolei skłoniły do napisania tego tekstu.
Sytuacja, która kładzie się cieniem na mojej dotychczasowej neutralnej opinii o
polskim wymiarze sprawiedliwości nie miała by miejsca, gdyby nie właśnie
trawiące go patologie.
Krytykowaną często
opieszałość sądów, ja wolę nazywać niewydolnością, gdyż moim zdaniem jest to
problem bardziej organizacyjny, niż spersonalizowany. Statystycznie w sądach
rejonowych czas trwania procesu w pierwszej instancji trwa w przybliżeniu 5
miesięcy, w sądach okręgowych 8 miesięcy. Niestety jak wiemy statystyki słabo
odzwierciedlają rzeczywistość – choć pierwsze wyroki zapadają zazwyczaj do 12
miesięcy od wszczęcia postępowania to na prawomocne orzeczenia trzeba często
czekać latami (obecnie na wokandzie jest ponad 6 tysięcy spraw, które trwają
powyżej 8 lat). Przygotowując tą analizę przejrzałem kilkadziesiąt
opublikowanych wyroków spraw z jednego przypadkowo wybranego śląskiego sądu,
gdzie wina wydawała się bezsporna (podkreślam, wywnioskowałem to dostępnych
opisów spaw dotyczących np. prowadzenia pod wpływem alkoholu, posiadania
narkotyków, przemytu alkoholu i tytoniu, urządzania nielegalnych gier,
niepłacenia alimentów) mimo tego prawomocny wyrok zapadał po 2-3 latach, czyli
często po okresie dłuższym niż długość zasądzonego wyroku. Ciągnące się latami
sprawy to balast dla niewydajnego systemu, dodatkowe koszty (przesłuchania nie wnoszących
nic do sprawy świadków, dziesiątki zbędnych ekspertyz) oraz przedłużanie traumy
dla poszkodowanych (a także oskarżonych), nie mówiąc o ich komforcie życia.
Nikt do sądu nie idzie przecież dla przyjemności i liczy na możliwie szybkie
załatwienie sprawy. Nie rozwijając tego wątku dam tylko przykład, który mówi
wszystko na ten temat. Postępowanie w sprawie zabójstwa Pawła Abramowicza. Mimo
że zabójca praktycznie został złapany za rękę, blisko 3 lata trwało
sformułowanie aktu oskarżenia. Ile lat będzie trzeba czekać na prawomocne
skazanie przestępcy? Proces, apelacja, może kasacja - prawdopodobnie potrwa to
jeszcze 3 razy tyle. Przypomnę tylko, że w podobnych okolicznościach (choć w
innych realiach), gdy przed blisko stu laty zabity został Gabriel Narutowicz,
akt oskarżenia sformułowano po 2 tygodniach, po kolejnych 2 tygodniach zapadł
wyrok (kara śmierci) i w półtora miesiąca od dokonania zbrodni wykonano wyrok.
Same przeciągające
się i niedbale prowadzone postępowania to nie jedyne słabe strony polskiego
sądownictwa, kolejną jest kontrowersyjne orzecznictwo. Ryzykuję tutaj
stwierdzenie (a opieram się tutaj głównie na opiniach pracowników wymiaru
sprawiedliwości), że w Polsce nie można być pewnym wyniku żadnej sprawy nawet
jeśli dowody są oczywiste i nie budzą wątpliwości. Wszystko zależy od lokalnych
warunków, relacji między adwokatami i sędziami, kto jest stroną procesu i
jakimi środkami finansowymi dysponuje. Powszechna jest stronniczość będąca
wynikiem nacisków, korupcji bądź zwykłych uprzedzeń. Wiele do życzenia
pozostaje jeśli chodzi o procedury i organizację sądów. Słyszy się dużo o
dopasowywaniu przez pracowników sekretariatów składu orzekającego do
konkretnych spraw na „prośbę” obrońców, co pozwala grać na zwłokę i ma znaczący
wpływ na wynik prowadzonego postępowania. Dziurawe prawo, właściwe prowadzenie
postępowania i odpowiednie opinie biegłych pozwalają uzasadnić każdą decyzję
czy wyrok. Ile to razy słyszeliśmy o uniemożliwieniu prowadzenia czynności
przez sądy ze względu na zły stan zdrowia oskarżonych, uniewinnienia z powodu
niepoczytalności, czy umożliwianiu odpowiadania z wolnej stopy w zamian za
ogromne poręczenia majątkowe (co do tej ostatniej praktyki, dziwne że urzędów
skarbowych nie interesuje pochodzenie środków w przypadku przestępców, którzy w
Polsce nie przepracowali uczciwie jednego dnia).
Z jednej strony
zarzuty kierują sami pracownicy sądów, mówiąc o wywieranej na nich z różnych
stron presji (np. sędziowie skarżą się na naciski ze strony polityków,
kierownictwa sądów czy mediów w sprawie procesów, które przypadło im
prowadzić). Z drugiej strony mamy dobrowolne uczestnictwo tychże urzędników w
różnego rodzaju procederach przynoszących korzyści majątkowe, przypomnę tylko
sprawę korupcji w krakowskim Sądzie Apelacyjnym gdzie oskarżonych jest
kilkadziesiąt osób i są to pracownicy wszystkich szczebli tej jednostki. Według
jednej z agencji badającej praktyki korupcyjne (Transparenty International)
najbardziej skorumpowanymi grupami wymiaru sprawiedliwości w Polsce są w
kolejności biegli sądowi, adwokaci, pracownicy obsługi sądowej, administracja
sądu i dopiero sędziowie (nie wynika to jednak z ich nieskazitelności, a z
przyczyn bardziej praktycznych - łatwiej dotrzeć i przekupić biegłego przy
pojedynczej opinii, niż próbować tego samego z sędzią). Aby mieć obraz sytuacji
zgodnie z raportem tejże agencji za 2020 rok w zestawieniu punktowym: 0 – brak
korupcji, 100 – powszechna korupcja,
Polska uzyskała 56 punktów, więc chwalić się niestety nie ma czym.
Jako obywatele
mamy niewielkie możliwości do zmiany tego stanu – nie decydujemy o tym kto
pracuje w sądach i jak to przekłada się na ich funkcjonowanie (gdyby tylko
decydowały o tym predyspozycje i wiedza). Możemy tylko liczyć na polityków,
którzy od dekad obiecują zrobić z wymiarem sprawiedliwości porządek. Nie mamy
bezpośrednich narzędzi do usunięcia sędziego czy prokuratora, którego poziom
kultury jest dyskusyjny, a poglądy, kręgosłup moralny czy koncepcja
sprawiedliwości są naszym zdaniem spaczone (niestety sytuacja podobnie wygląda
w przypadku zastrzeżeń co do pracy naszych przedstawicieli w sejmie czy
senacie). Inną kwestią jest, że w Polsce sędzią można zostać przed 30-stką, a
siłą rzeczy wyroki zasądzane przez ludzi z tak niewielkim doświadczeniem
życiowym mogą budzić wątpliwości (nie mówiąc o takich zagrożeniach związanych z
uleganiem przez nich presji czy korzystanie z okazji składanych przez
przełożonych, starych praktyków czy wpływowych powodów). Mamy wszakże swoich
przedstawicieli w sądach, których zadaniem jest sprawowanie społecznego nadzoru
nad prowadzeniem postępowań i wydawaniem wyroków przez te instytucje. Rolę tę
pełnią ławnicy, choć ich ranga systematycznie spada. Aby ławnik mógł rzetelnie
wypełnić swoją funkcję powinien być do tego przygotowany, znać akta danej sprawy
od podszewki, uczestniczyć we wszystkich posiedzeniach danej postępowania.
Teoretycznie organ sądowniczy powinien mu to umożliwić, w praktyce przepisy te
są ignorowane lub omijane. Jakby tego było mało ostania nowelizacja kodeksu
postępowania cywilnego umożliwiła rozpoznawanie spraw bez udziału ławników do
czasu zakończenia stanu nadzwyczajnego związanego z Covid-19, oraz jeszcze rok
po jego odwołaniu.
Społeczeństwo
wymaga reform, z kolei rząd, który obiecał je zrealizować działa w sposób
budzący wiele wątpliwości (co spotyka się z reakcją ze strony UE) bez
konkretnego planu, wprowadzając głównie zmiany personalne (nie zawsze poparte
merytorycznymi argumentami, co musi budzić sprzeciw). Druga kwestia to brak
woli ze strony środowiska prawniczego i sędziowskiego do oczyszczenia swoich
szeregów i potępiania nagannych praktyk, czego dowodem jest otwarty sprzeciw
dla jakichkolwiek reform. Przebija się to w raportach wspomnianej wcześniej
agencji, które negatywnie oceniają działania dyscyplinarne w stosunku do osób
wykonujących zawody prawnicze (a raczej ich braku), wskazując że sprawom
przekroczenia uprawnień bądź niewywiązywania się z obowiązków ukręca się łeb,
bądź umniejsza ich wagi. Każdy zawód prawniczy od komornika po radcę prawnego
ma swoją własną komórkę dyscyplinarną, które funkcjonują wg. Własnych
standardów, tak jak ich najsłabsze ogniwa. Z kolei niejako ostatnia instancja -
Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, mająca między innymi umożliwiać pociąganie
do odpowiedzialności karnej sędziów i prokuratorów, dzięki wspomnianym
wcześniej protestom środowiska prawniczego i będących ich następstwem decyzjom
Trybunału Sprawiedliwości UE jest skutecznie paraliżowana, a jej wyroki
podważane.
Oczywiście nie
można odmówić ciężkiej pracy, uczciwości i kierowania się poczuciem
sprawiedliwości ogromnej grupie sędziów i pozostałym pracownikom sądów – jak w
każdej grupie zawodowej czarne owce mają duży wpływ na wizerunek całego
środowiska, a przede wszystkim utrudniając im wykonywanie swoich zadań. Znane z
życia, czy prezentowane w mediach i Internecie patologie polskiego wymiaru
sprawiedliwości to zapewne nie standard, jednak takich przypadków jest
zdecydowanie za dużo, aby nie zauważać problemu. Nie odkrywam w tym tekście niczego nowego,
obszerne diagnozy chorób polskiego wymiaru sprawiedliwości są znane od dawna,
leczenie przebiega jednak bardzo wolno. Każda kolejna władza podchodzi do
tematu inaczej, jednym jest na rękę aby sprawy nie ruszać, inni uznają ją za
beznadziejną, więc także nie robią nic. Od kilku kadencji słyszymy tylko
wyświechtane hasło, że „polskie prawo należy napisać od nowa”. Brakuje tylko
chętnych aby się podjąć tej operacji, a gdy chętni się znajdują nie mogą
zgodzić się co do terapii jaką należy zastosować lub co gorsza pacjent odmawia współpracy.
Poza tym wszystkim jest obywatel, który liczy na to, że prawo i jego
interpretacja będzie prosta i przejrzysta jak w serialu telewizyjnym Anna Maria
Wesołowska, a idąc do sądu zostanie potraktowany uczciwie i z należnym mu
szacunkiem otrzymując wysokiej jakości usługę, za którą płaci.
Komentarze
Prześlij komentarz