Czas zabijania
Szum
informacyjny dotyczący wydarzeń na bliskim wschodzie gęstnieje. Z obu stron
konfliktu słyszymy komunikaty o rychłym zwycięstwie, ale sytuacja komplikuje się
z dnia na dzień. Mocno spolaryzowała się opinia publiczna. Rośnie napięcie wśród
polityków, rośnie niepokój społeczny. Rośnie cena ropy i koszty życia. Rośnie
także fala hipokryzji, objawiająca się w mowie, uczynkach i zaniedbaniach
umownych elit tego świata. Na kuli
ziemskiej zapanował chaos i nikt nie ma pomysłu jak go powstrzymać. Nie powiem
że zaczęło się to od jednego człowieka, który miał zakończyć wszystkie wojny i
zgarnąć za to nagrodę Nobla, bo ta nowa, zimna wojna trwa już od dawna, a on
tylko swoimi decyzjami przystemplował nową rzeczywistość, w której zapomnieć
możemy o ładzie i spokoju. Najpierw rozpoczął wojnę celną, potem porywał prezydenta
Maduro, a w ostatnich dniach zabił wodza Chomeiniego. Wszyscy tylko szepczą na
temat jego nieobliczalności, ale nikt nie protestuje, choć pierwszy opór już
się pojawił ze strony szefów rządów Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Francja jak
zwykle wycofała się na pozycję neutralną, a Niemcy próbują ubić interes udostępniając
bazy wojskowe i szpitale dla rannych Amerykanów (robią to zresztą na wielu
polach, wracając do starego, niemieckiego pragmatyzmu – rozmawiają z
Chińczykami, wycofują się po cichu z zielonej energii i kombinują jak przestawić
fabryki na produkcję czołgów i innego uzbrojenia, skoro sprzedaż samochodów już
nie idzie).
Milczy
Rosja, która wykrwawia się na Ukrainie i choć bity jest jeden z jej ostatnich
sojuszników, ta liczy na wzrost cen ropy, którą sprzedaje Chińczykom. Liczy także
na skierowanie oczu świata (a przede wszystkim zachodniej kasy) na południe. Chiny
sukcesywnie odcinane od dostaw ropy czekają cierpliwie – jeśli Ameryka uwiąże
się w kosztowną wojnę w Iranie, może jeszcze na tym zarobią. Konflikt się
pogłębia, a demokratyczny świat jakby zamarł, próbuje dostosować się do nowych
zasad gry, gry bez zasad. Dyplomacja jaką do tej pory znaliśmy przestała
istnieć, umowy i sojusze międzynarodowe stoją pod znakiem zapytania, a racjonalnym
ludziom, wszystko to co obecnie się dzieje przypomina scenariusz jakiejś
hollywoodzkiej produkcji, a nie rzeczywistość, w której przyszło im żyć. To nie
film, gdzieś tam teraz cierpią ludzie, ale aspekt ludzki zupełnie dziś zniknął
z pola widzenia pociągających za sznurki. Czy strategia bombardowania sąsiadów skończy
się dla „narodu wybranego” sukcesem? Z blokady informacyjnej ustanowionej w
ostatnich dniach przez izraelski rząd można wnioskować, że jak na razie mają
problemy z zapewnieniem swoim obywatelom bezpieczeństwa, nie mówiąc już o
podporządkowaniu swojej woli muzułmańskiego świata.
Kilka miesięcy temu potępiałem Izrael za to co
wyczynia w Gazie, krytykowałem także zachodnich polityków za brak reakcji, na
ich zbrodnie. To nie znaczy, że kibicuję dziś Iranowi, tak jak nie kibicuję
żadnemu reżimowi, a już w szczególności religijnemu. Mam przed oczami obraz
postępującej islamizacji Brytanii, Francji, Niemiec i innych europejskich
krajów, która jest realnym zagrożeniem dla zachodniej cywilizacji. Choć Izrael
jest do tej cywilizacji zaliczany, świadomie lub nie, działa wbrew jej
interesom, przede wszystkim wbrew interesom jej europejskiej części. Każdy
wywoływany przez Izrael konflikt uruchamia falę muzułmańskich uchodźców, która
płynie głównie do Europy, dlatego przeraża mnie wzajemna nienawiść zarządców
ziemi świętej i ich islamskich wrogów, a jeszcze bardziej przeraża mnie ich możliwość
wpływania na światową politykę Mosad musi mieć poważne haki na najważniejszych
amerykańskich polityków, skoro Ci bez zająknięcia idą na wojnę z Iranem, serwując
całemu światu trzęsienie ziemi (tu muszę zaznaczyć, że podobno rządzący Arabią
Saudyjską i ZEA szejkowie, bracia Iranu w wierze, nakłaniali Trumpa do ataku na
tychże, w równym stopniu co Netanjahu). Można tylko się domyślać, że w całym
tym zamieszaniu chodzi o akta Epsteina, przez którego wybiło amerykańskie
szambo, pokazując jaką zgniliznę moralną osiągnęła „Wielka Ameryka”. Nie mówię
tu o ulicach pełnych narkomanów i bezdomnych. Mówię o znanych politykach mydlących
ludziom oczy gadkami o demokracji i prawach człowieka, o miliarderach w
odrzutowcach bredzących o ekologii i przeludnieniu, mówię wreszcie o ikonach
dzisiejszej kultury, gwiazdach kina i telewizji ze swoimi sztucznymi uśmiechami
i fałszywą wrażliwością, zamieszanych w pedofilsko-kanibalskie zbrodnie
firmowane nazwiskiem Epsteina.
Chaotyczne
ruchy Trumpa mocno odbijają się na Europie, która i bez niego ma mnóstwo
problemów: chwieje się jej konsolidacja UE, trwają spory dotyczące polityki
energetycznej, zbrojeniowej, umowy Mercosur, postawy w stosunku do Rosji, Chin
i wspomnianych Stanów Zjednoczonych, ale też działań Izraela na Bliskim Wschodzie,
czy dalszego finansowania Ukrainy oraz jej akcesji do UE. W ostatniej kwestii
rozdźwięk jest coraz większy, jako że postawa ukraińskich władz jest coraz
bardziej roszczeniowa i coraz mniej subordynowana - do gigantycznych rozmiarów
korupcji i defraudacji środków, które Zachód łoży na wojnę, dochodzi obecnie sabotowanie
dostaw ropy dla Słowacji i Węgier rurociągiem „Przyjaźń”, czy karalne groźby ze
strony prezydenta Zełenskiego wygłaszane pod adresem premiera Węgier, mające
nakłonić go do poparcia kolejnej pożyczki dla Ukrainy. Działanie niedopuszczalne dla władz kraju
pretendującego do członkostwa w UE i NATO. Sytuacja ta byłaby nie do pomyślenia
jeszcze kilka lat temu, ale co się dziwić Ukraińcom - przykład idzie z góry, w
tym przypadku zza oceanu. Stany Zjednoczone, kraj, który do tej pory uznawany
był za gwaranta światowego pokoju, za wzór protokołu w stosunkach międzynarodowych
pierwszy zaczął komunikować się w języku gróźb i czynów zabronionych. Prezydent
Trump dał zielone światło do stosowania polityki siły i najwyraźniej cała
reszta przytaknęła. Niestety przewaga militarno-gospodarcza Stanów jest na tyle
duża, że sojusznicy nie mają wyboru (a przynajmniej tak myślą) jak tylko się
dostosować i zaakceptować nowe zasady. Tu dochodzę do kwestii Polski, wiecznego
lokaja obcych mocarstw, który jak już raz wybierze stronę, to trzyma się
jej bezkrytycznie do upadłego. Strach przed Rosją (notabene historycznie
uzasadniony) wpycha nas w objęcia coraz to nowej nacji. Niemcy, Ukraina, Stany
Zjednoczone (nie zapominając o ich strategicznym partnerze Izraelu) zawsze
musimy krążyć po czyjejś orbicie.
Gdy amerykańska
bomba spada na szkołę zabijając irańskich 175 dzieci polski prezydent milczy.
Odbiegam już od tego, czy było to celowe działanie czy pomyłka przy celowaniu
(podobno w sąsiedztwie szkoły znajdowały się koszary Korpusu Strażników
Rewolucji Islamskiej). Kiedy dzień później ginie 3 amerykańskich żołnierzy,
którzy ruszyli w świat zdobywać dla swojego imperium nowe bogactwa, ten sam
prezydent pierwszy składa kondolencje narodowi amerykańskiemu. Prezydent, któremu
tak mocno na sercu leży odkopanie polskich kości sprzed 80 lat, nie łączy się w
bólu z 175 na zawsze okaleczonymi rodzinami. Rozumiem sojusz, nie akceptuję
lizusostwa, szczególnie w tak dramatycznych okolicznościach i w niejednoznacznych
w ocenie działaniach. Nawiasem mówiąc kilka dni później sytuacja powtórzyła się
w Libanie gdzie zginęło 35 dzieci, ale o tym już nawet nie wspomniały główne
media. W Palestynie takich rodzin są dziesiątki tysięcy, ale ich cierpienie
dawno zeszło na drugi plan, jeśli w ogóle kiedykolwiek na nim było.
Każdego
dnia w rosyjsko-ukraińskiej wojnie ginie średnio od kilkudziesięciu do kilkuset
żołnierzy. Oczywiście dla polityków podwójnej moralności to nie żołnierze, to mięso
armatnie. Dzielni, bohaterscy żołnierze są tylko po naszej stronie, czytaj w
NATO, dlatego Zachód chętnie walczy ich rękami. Ponad pół miliona, tyle
żołnierzy zginęło już za wschodnią granicą w ciągu 4 lat konfliktu. 350 tysięcy
po stronie atakujących i 150 tysięcy po stronie broniących. Rannych zostało 1,5
miliona osób. To jak powiedziałby Stalin nie jest już tragedią, to tylko
statystyka. Gdyby ułożyć ciała zabitych ludzi, ciało obok ciała, powstałby
sznur o długości odcinka Kraków - Warszawa. Mówię ludzi, gdyż tak ich
postrzegam, choć demokratycznych elit (bo jedynie do moralności tej, jakkolwiek
bliskiej mi grupy się odnoszę) Ci ze wschodu, czy Ci z południa to dzikusy
posiadający tylko formalny status ludzi. Nacjonaliści, fanatycy, separatyści, zbrodniarze,
terroryści. Dlatego mało kogo bulwersuje, gdy człowiek z białego domu, którego
nazwiska nie chce mi się powtarzać, wychodzi co jakiś czas na mównicę i niczym
gwiazda chwali się wyeliminowaniem jakiejś figury, jakby jego wojska grały w
szachy, a nie strzelały do prawdziwych ludzi. Nie wiem, czy śmiać się czy
płakać, kiedy osiemdziesięciolatek z cierpliwością ośmiolatka, który kilka
tygodni temu porwał prezydenta innego kraju, by przejąć złoża ropy tegoż kraju,
który notorycznie grozi innym i groźby wprowadza w czyn, śmie twierdzić, że „kiedy szaleni ludzie mają broń
nuklearną, dzieją się złe rzeczy”. Czy nie mówi tego przywódca jedynego na
świecie kraju, który takie bomby zrzucił na inny kraj?
Nie dajmy się więcej mamić, tu nie chodzi o
niczyją wolność, Irańczyków czy Wenezuelczyków, chodzi o zasoby, o złoża, o
nadzór nad systemami bankowymi obcych krajów, o utrzymanie dolara jako waluty
handlowej, o zawieranie nowych kontraktów i pozyskiwanie rynków zbytu dla
produktów amerykańskich korporacji, a wreszcie – jak to ma miejsce w przypadku
Trumpa i Netanjahu – ratowanie twarzy i topniejącego poparcia. Jeśli pójdzie dobrze przy okazji „wyzwalania”
zmienią jedną formy ucisku na inną, na taką z ludzką twarzą, która umożliwi
łatwiejszy wyzysk i kontrolowanie mas. Wszystkie mocarstwa stare i nowe, zostały
zbudowane na kłamstwie i kościach milionów zamordowanych, zamęczonych ludzi. Każde
poszerzanie ich wpływów ma taki sam przebieg, kto się nie podda hegemonowi zostanie
przez niego zdeptany. Było tak od zawsze,
ale łudziliśmy się, że ludzkość, a przynajmniej ta uważająca się za jej
cywilizowaną część wzniosła się na inny poziom. Ameryka postrzegana była za mocarstwo
wyjątkowe, wojownika słusznej sprawy, podlegającego specjalnym normom moralnym.
Od lat nadwyrężali tą opinię, gdy mieniąc się lepszymi ludźmi popełniali
zbrodnie typowe dla zwykłych śmiertelników. Walczyli o demokrację i w swoim
mniemaniu może nawet jej nie zdradzali, z jednym zastrzeżeniem: w rządach ludzi
nie wszystkich za ludzi uważają. Wietnam, Syria, wyspa Epsteina. Iran jest po
prostu kolejnym polem bitwy w walce o utrzymanie wymykającej się supremacji. Pytanie
tylko co dalej? Skoro USA łamie stworzone przez siebie zasady, kwestionuje konwencje
i umowy międzynarodowe, by ratować swój styl życia, to na czyj rozsądek możemy
liczyć?

Komentarze
Prześlij komentarz