Kurs utracony
Przestaliśmy wierzyć w państwo. Nie dlatego, że jest słabe, lecz dlatego, że
jego siła zbyt często objawia się wobec tych, którzy mają najmniej możliwości,
by się bronić. Nie wierzymy w sprawiedliwość, gdy osoby pełniące funkcje
publiczne niemal nigdy nie ponoszą odpowiedzialności za własne decyzje. Trudno
wierzyć w demokrację, gdy kolejne wybory oznaczają jedynie wymianę nazwisk przy
zachowaniu tych samych mechanizmów, kampania trwa całą kadencję, a próby reform
stają się pożywką dla krytykującej wszystko opozycji, walczącej o kapitał
polityczny. Trudno ufać instytucjom, gdy obywatele odnoszą wrażenie, że prawo
bywa interpretowane zależnie od politycznej potrzeby chwili, a nie według
jednej, równej dla wszystkich miary. Nie są to wyłącznie subiektywne odczucia.
Badania pokazują, że poziom zaufania społecznego w Polsce od lat należy do
najniższych w Europie. Większość Polaków uważa, że w relacjach z innymi ludźmi
należy zachować daleko idącą ostrożność. I nie chodzi tu tylko o całkiem obcych
ludzi, ale również o znajomych, współpracowników czy przełożonych. Dotyczy to
także relacji z przedstawicielami instytucji, które powinny budzić zaufanie
społeczne.
Niepokojące jest jednak coś jeszcze. Coraz mniej wierzymy, że można to
wszystko naprawić. Jak to zrobić, skoro codziennie słyszymy o wojnach na górze,
o rozliczeniach poprzedników, o rosnącym długu i przekrętach na grubą kasę?
Zresztą nie chodzi tylko o polityków. Są oni jedynie jaskrawym przykładem
znacznie większego problemu. W kraju utrwaliło się przekonanie, że jeśli da się
coś wycisnąć z publicznych funduszy (albo kieszeni podatnika, pracownika czy
współobywatela) jakieś pieniądze, byłoby wręcz grzechem z tego nie skorzystać.
Pseudo-lekarze, pseudo-przedsiębiorcy, pseudo-duchowni, pseudo-menedżerowie,
pseudo-artyści czy pseudo-zarządcy majątku narodowego – różne funkcje,
stanowiska i środowiska, ta sama mentalność i przekonanie, że odpowiedzialność
jest dla innych (tylko sprawiedliwość po ich stronie).
Państwo jawi się obywatelowi jako instytucja, z którą lepiej nie mieć do
czynienia. Służba zdrowia i ZUS zawiodły nasze oczekiwania. Sądy, policja czy
fiskus postrzegane są przede wszystkim jako narzędzia kontroli i represji.
Nawet Kościół (który tylko teoretycznie wziął rozwód z Państwem) stracił w
naszych oczach. I choć nasze postrzeganie tych instytucji bywa niesprawiedliwe,
subiektywne czy uproszczone, sam fakt utrwalenia się takiego obrazu stanowi
problem. Zaufania społecznego nie da się przywrócić ustawą.
Skoro coraz mniej ufamy państwu, jak zaufać tym, którzy nazywają się jego
partnerami? Nie ufamy naszym sąsiadom, nie ufamy naszym sojusznikom. Nie
wierzymy nawet, że naprawdę ich mamy. Być może dlatego, że przez dekady
liczyliśmy, iż rozwiążą za nas nasze problemy, i jak zwykle zawiedliśmy się. Co
tu dużo mówić: tak kończy się rezygnacja z samodzielnego definiowania własnego
interesu narodowego, bezrefleksyjne kopiowanie cudzych rozwiązań i brak
stawiania granic. Dziś obrażamy się na wszystkich dookoła za to, że realizujemy
ich oczekiwania zamiast swoich własnych. Tymczasem debata publiczna coraz
częściej sprowadza się do wskazywania, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem oraz
wyboru, za kim mamy pójść, zamiast odpowiadać na pytanie, dokąd chcemy jako naród
dojść. Niestety elity zachowują się tak, jakby nie wierzyły, że mogą prowadzić
samodzielną politykę. I znów wracamy do punktu wyjścia. Odnosimy wrażenie, że
wszystko dzieje się obok nas. Obywatel nie wierzy, że ma realny wpływ na Państwo.
Państwo nie wierzy, że ma realny wpływ na swoje otoczenie geopolityczne.
W tym samym czasie coraz większa część społeczeństwa zaczyna budować własną,
małą łódź ratunkową. Klasa średnia i wyższa próbuje odciąć się od
społeczeństwa. Nie postrzega go już jako całości. Nie dlatego, że klasy wyższe
są z natury egoistyczne, lecz dlatego, że nauczyły się żyć według zasady:
najpierw zadbaj o siebie. Dla zadowolonych z życia i rozczarowanych państwem
kultura me first stała się rozsądną strategią przetrwania. Skoro świat
wydaje się coraz mniej przyjazny i przewidywalny, najbezpieczniej inwestować we
własny rozwój, zdrowie i komfort. Na całym świecie postępuje proces zanikania
czynu społecznego i osłabiania więzi obywatelskich. Ludzie częściej inwestują w
siebie, a rzadziej w relacje, organizacje i wspólnoty. Robert Putnam,
amerykański socjolog, nazwał to „samotną grą w kręgle”. Problem polega na tym,
że konsumpcja, wellness i samorealizacja nie zastąpią więzi społecznych, tak
jak nie zapewnią życia nam i naszym bliskim w błogim spokoju. Można mieć przecież
świetnie urządzony dom, a jednocześnie mieszkać w kraju, czy w regionie, który
powoli pogrąża się w chaosie (i skutki tego wcześniej, czy później odczuje
każdy, kto uważa, że go to nie dotyczy – nie można zamknąć się w odgrodzonej
drutem kolczastym willi i liczyć, że problemy na zewnątrz same się rozwiążą).
Coraz częściej odnosimy wrażenie, że trzeba odpuścić i spożytkować energię
lepiej, że inicjatywa jest bezcelowa, że sprzeciw nie przyniesie efektu, że
bunt może poszerzy Ci grono odbiorców w mediach społecznościowych, ale nie
doprowadzi do zmiany rzeczywistości. Czasami trudno z tym polemizować. Internet
i nowoczesna komunikacja stworzyły możliwość swobodnego wyrażania się, ale też iluzję
uczestnictwa. Kliknięcie zastąpiło obecność. Manifesty świetnie sprzedają się w
mediach, lecz znacznie rzadziej rodzą trwałe ruchy obywatelskie. I choć internet
wrze, zaangażowanie obywatelskie pozostaje na niskim poziomie. Niewielu z nas
działa w stowarzyszeniach, organizacjach społecznych czy lokalnych
inicjatywach. Znacznie łatwiej zgrupować kilka tysięcy osób w sieci, trudniej
znaleźć kilka osób gotowych poświęcić swój czas na rzecz wspólnoty osiedlowej.
Jak więc zbudować nowe społeczeństwo z ludzi, którzy spotykają się coraz
częściej w sekcji komentarzy?
Przede wszystkim potrzebujemy dziś czegoś więcej niż kolejnej partii czy
kolejnego politycznego projektu. Potrzebujemy ruchów społecznych na miarę
dawnej „Solidarności”. Nie po to, by walczyć z rządem, Rosją czy Ukrainą, lecz
by przeciwstawić się procesom, które powoli rozbijają społeczeństwa od środka:
globalizacji pozbawionej hamulców, koncentracji kapitału, pogłębiającym się
nierównościom, degradacji środowiska, technokracji i korpokracji, kryzysowi
przywództwa, rewolucji związanej ze sztuczną inteligencją, polaryzacji czy
postępującemu zanikowi tożsamości narodowej i więzi społecznych. Potrzebujemy
również nowych liderów. Rzesz aktywistów, a nie partyjnych struktur i zawodowych
polityków (ta formuła już się zużyła). Potrzeba zaangażowania ludzi dobrej
woli, z których wyłonią się nowi przywódcy. Oczytani, przygotowani do rozwiązywania
współczesnych problemów, zdolni do długofalowego myślenia. Takich, którzy
odpowiadają, zamiast odruchowo reagować. Którzy mają wiedzę zamiast uprzedzeń,
wizję zamiast kompleksów, tożsamość zamiast plemienności i odwagę przyznania,
że nie znają wszystkich odpowiedzi.
Najpierw jednak musimy zrobić coś znacznie trudniejszego. Jared Diamond twierdzi,
że pierwszym warunkiem wyjścia państwa z kryzysu jest uznanie, że kryzys w
ogóle istnieje. Drugim – przyjęcie odpowiedzialności za jego rozwiązanie.
Trzecim – uczciwe określenie, co rzeczywiście wymaga zmiany, a czego należy się
trzymać jak deski ratunkowej (tego, co należy zachować i pielęgnować). Brzmi
zaskakująco prosto, ale my jako społeczeństwo nie zrobiliśmy w tym kierunku
nawet jeszcze pierwszego kroku. Dopóki nie postawimy diagnozy, trudno
oczekiwać, że znajdziemy skuteczną terapię. A tu kryzys goni kryzys, co zaciemnia
trochę obraz rzeczywistości (łatwo ustosunkować się do kryzysów
polityczno-gospodarczych, w które coraz częściej wpadamy – wywołanych wojnami, zjawiskami
pogodowymi, epidemiami, krachami giełdowymi czy wzrostami cen paliw i energii).
Niestety kryzys, przed którym stoimy, jest słabiej określony w czasie i
przestrzeni, słabiej zdefiniowany, nie do końca nazwany. Jest to kryzys
społeczny, będący kryzysem w pełnym tego słowa znaczeniu. Głęboki kryzys
zaufania, odpowiedzialności, tożsamości, poczucia wspólnoty i sprawczości.
Historia wielokrotnie zmuszała Polaków do zweryfikowania swoich poglądów na
rzeczywistość, do dokonania samooceny i wyciągnięcia z niej wniosków. Takie
otrzeźwienia wywoływały wojny, rozbiory, znalezienie się pod butem systemu
totalitarnego. Dziś jednak nie możemy czekać na kolejną katastrofę, która
uświadomi nam, że znaleźliśmy się w kryzysie. Kryzys, o którym mówię, nie
nadszedł ze szczękiem gąsienic czołgów łamiących rogatki graniczne. Zadomowił
się po cichu, w społeczeństwie, które zapomniało, co je łączy i co daje mu siłę,
które przestało wierzyć, że potrafi obrać wspólny kurs. A państwa nie upadają
wyłącznie wtedy, gdy przegrywają wojny. Upadają wtedy, gdy tracą zdolność do
uczenia się, wyciągania wniosków z własnych błędów i dostosowywania się do
nowych realiów. Nie zawsze wygrywają najsilniejsi. Wygrywają ci, którzy
potrafią zmienić sposób myślenia,
zanim rzeczywistość zrobi to za nich.
Dziś nie przegrywamy dlatego,
że jesteśmy słabsi od innych. Przegrywamy dlatego, że przestaliśmy wierzyć we
własną siłę i sprawczość. Zgubiliśmy kierunek. Puściliśmy stery, nie wiedząc,
gdzie chcemy dotrzeć. Gdzie leży nasz interes. Musimy więc złapać ten ster,
gdyż naród, który przestaje sam wyznaczać własny kurs, prędzej czy
później zaczyna płynąć, tam dokąd wieje cudzy wiatr.

Komentarze
Prześlij komentarz