Kurs utracony
Wielu z nas ma wrażenie, że ten kraj dryfuje w nikomu nieznanym kierunku. Zadajemy sobie pytanie: Czy ta łajba w ogóle ma ster? A jeśli tak, to czy ci, którzy go trzymają, obrali kurs zgodny z interesem pasażerów? Coraz rzadziej pytamy za to: dokąd płyniemy? Chyba przestaliśmy wierzyć, że mamy na to wpływ. Zastanawiamy się tylko po cichu, czy zdążymy znaleźć miejsce w szalupie. Przestaliśmy wierzyć w Polskę jako wspólnotę. Przestaliśmy wierzyć w ruchy społeczne i obywatelską solidarność. W siłę manifestacji i protestu. Ale jak tu wierzyć w samorządność i oddolne inicjatywy, skoro ich liderzy tak często kończą jako polityczne przystawki tych, przeciwko którym jeszcze chwilę wcześniej protestowali, a same protesty przypominają akcje autopromocji, a nie narzędzie w rękach walczących o swoje racje?
Przestaliśmy wierzyć w państwo. Nie dlatego, że jest słabe, lecz dlatego, że
jego siła zbyt często objawia się wobec tych, którzy mają najmniej możliwości,
by się bronić. Nie wierzymy w sprawiedliwość, gdy osoby pełniące funkcje
publiczne niemal nigdy nie ponoszą odpowiedzialności za własne decyzje. Trudno
wierzyć w demokrację, gdy kolejne wybory oznaczają jedynie wymianę nazwisk przy
zachowaniu tych samych mechanizmów, kampania trwa całą kadencję, a próby reform
stają się pożywką dla opozycji walczącej o kapitał polityczny. Trudno ufać
instytucjom, gdy obywatele odnoszą wrażenie, że prawo bywa interpretowane
zależnie od politycznej potrzeby chwili, a nie według jednej, równej dla
wszystkich miary. Nie są to wyłącznie subiektywne odczucia. Badania pokazują,
że poziom zaufania społecznego w Polsce od lat należy do najniższych w Europie.
Większość Polaków uważa, że w relacjach z innymi ludźmi należy zachować daleko
idącą ostrożność. I nie chodzi tu tylko o całkiem obcych ludzi, ale również o
znajomych, współpracowników czy przełożonych. Dotyczy to także relacji z
przedstawicielami instytucji, które powinny budzić zaufanie społeczne.
Niepokojące jest jednak coś jeszcze. Coraz mniej wierzymy, że można to
wszystko naprawić. Jak to zrobić, skoro codziennie słyszymy o wojnach na górze,
o rozliczeniach poprzedników, o rosnącym długu i przekrętach na grubą kasę?
Zresztą nie chodzi tylko o polityków. Są oni jedynie jaskrawym przykładem
znacznie większego problemu. W kraju utrwaliło się przekonanie, że jeśli da się
coś wycisnąć z publicznych funduszy, albo kieszeni podatnika, pracownika czy
współobywatela jakieś pieniądze, byłoby wręcz grzechem z tego nie skorzystać.
Pseudo-lekarze, pseudo-przedsiębiorcy, pseudo-duchowni, pseudo-menedżerowie,
pseudo-artyści czy pseudo-zarządcy majątku narodowego – różne funkcje,
stanowiska i środowiska, ta sama mentalność i przekonanie, że odpowiedzialność
jest dla innych (a sprawiedliwość po naszej stronie).
Państwo jawi się obywatelowi jako instytucja, z którą lepiej nie mieć do
czynienia. Służba zdrowia i ZUS zawiodły nasze oczekiwania. Sądy, policja czy
fiskus postrzegane są przede wszystkim jako narzędzia kontroli i represji.
Nawet Kościół (który tylko teoretycznie wziął rozwód z Państwem) stracił w
naszych oczach. I choć nasze postrzeganie tych instytucji bywa niesprawiedliwe,
subiektywne czy uproszczone, sam fakt utrwalenia się takiego obrazu stanowi
problem. Zaufania społecznego nie da się przywrócić ustawą.
Skoro coraz mniej ufamy państwu, jak zaufać tym, którzy nazywają się jego
partnerami? Nie ufamy naszym sąsiadom, nie ufamy naszym sojusznikom. Nie
wierzymy nawet, że naprawdę ich mamy. Być może dlatego, że przez dekady
liczyliśmy, iż rozwiążą za nas nasze problemy, i jak zwykle zawiedliśmy się. O
tu dużo mówić: tak kończy się rezygnacja z samodzielnego definiowania własnego
interesu narodowego oraz bezrefleksyjne kopiowanie cudzych rozwiązań. Dziś
obrażamy się na wszystkich dookoła za to, że realizujemy ich oczekiwania
zamiast swoich własnych. Tymczasem debata publiczna coraz częściej sprowadza
się do wskazywania, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem oraz wyboru, za kim mamy
pójść, zamiast odpowiadać na pytanie, dokąd chcemy jako Naród dojść. Niestety
elity zachowują się tak, jakby nie wierzyły, że mogą prowadzić samodzielną
politykę. I znów wracamy do punktu wyjścia. Odnosimy wrażenie, że wszystko
dzieje się obok nas. Obywatel nie wierzy, że ma wpływ na Państwo. Państwo nie
wierzy, że ma realny wpływ na swoje otoczenie geopolityczne.
W tym samym czasie coraz większa część społeczeństwa zaczyna budować własną
małą łódź ratunkową. Klasa średnia i wyższa próbuje odciąć się od
społeczeństwa. Nie postrzega go już jako całości. Nie dlatego, że klasy wyższe
są z natury egoistyczne, lecz dlatego, że nauczyły się żyć według zasady:
najpierw zadbaj o siebie. Dla zadowolonych z życia i rozczarowanych państwem
kultura me first stała się rozsądną strategią przetrwania. Skoro świat
wydaje się coraz mniej przyjazny i przewidywalny, najbezpieczniej inwestować we
własny rozwój, zdrowie i komfort. Na całym świecie postępuje proces zanikania
czynu społecznego i osłabiania więzi obywatelskich. Ludzie częściej inwestują w
siebie, a rzadziej w relacje, organizacje i wspólnoty. Robert Putnam,
amerykański socjolog, nazwał to „samotną grą w kręgle”. Problem polega na tym,
że konsumpcja, wellness i samorealizacja nie zastąpią więzi społecznych. Można
mieć świetnie urządzony dom, a jednocześnie mieszkać w kraju, w regionie, który
powoli się rozpada.
Może właśnie dlatego coraz częściej odnosimy wrażenie, że trzeba odpuścić,
że inicjatywa jest bezcelowa, że sprzeciw nie przyniesie efektu, że bunt to
jedynie forma ekspresji, nieprowadząca do zmiany rzeczywistości. Czasami trudno
z tym polemizować. Niemały udział w takim podejściu do życia ma cyfryzacja. Internet
stworzył możliwość swobodnego wyrażania się, ale też iluzję uczestnictwa.
Kliknięcie zastąpiło obecność. Manifesty świetnie sprzedają się w mediach, lecz
znacznie rzadziej rodzą trwałe ruchy obywatelskie. I choć Internet wrze, zaangażowanie
obywatelskie pozostaje w Polsce na niskim poziomie. Niewielu z nas działa w
stowarzyszeniach, organizacjach społecznych czy lokalnych inicjatywach.
Znacznie łatwiej zgrupować kilka tysięcy osób w Internecie, trudniej znaleźć
kilka osób gotowych poświęcić swój czas na rzecz wspólnoty osiedlowej. Jak więc
zbudować nowe społeczeństwo z ludzi, którzy spotykają się coraz częściej w
sekcji komentarzy?
Przede wszystkim potrzebujemy dziś czegoś więcej niż kolejnej partii czy
kolejnego politycznego projektu. Potrzebujemy ruchu społecznego na miarę dawnej
„Solidarności”. Nie po to, by walczyć z rządem, Rosją czy Ukrainą, lecz by
przeciwstawić się procesom, które powoli rozbijają społeczeństwa od środka:
globalizacji pozbawionej hamulców, koncentracji kapitału, pogłębiającym się
nierównościom, degradacji środowiska, technokracji i korpokracji, kryzysowi
przywództwa, rewolucji związanej ze sztuczną inteligencją, polaryzacji czy postępującemu
zanikowi tożsamości narodowej i więzi społecznych. Potrzebujemy również nowych
liderów. Nie zawodowych polityków (ta formuła już się zużyła). Potrzeba
aktywności ludzi spoza partyjnych struktur, z których wyłonią się nowi
przywódcy. Oczytani, pragmatyczni i zdolni do długofalowego myślenia. Takich,
którzy odpowiadają, zamiast odruchowo reagować. Którzy mają wiedzę zamiast
uprzedzeń, wizję zamiast kompleksów, tożsamość zamiast plemienności i odwagę
przyznania, że nie znają wszystkich odpowiedzi.
Najpierw jednak musimy zrobić coś znacznie trudniejszego. Jared Diamond
zauważał, że pierwszym warunkiem wyjścia państwa z kryzysu jest uznanie, że
kryzys w ogóle istnieje. Drugim – przyjęcie odpowiedzialności za jego
rozwiązanie. Trzecim – uczciwe określenie, co rzeczywiście wymaga zmiany, a
czego należy się trzymać jak deski ratunkowej (tego co należy zachować i
pielęgnować). Brzmi zaskakująco prosto, ale jako społeczeństwo nie zrobiliśmy w
tym kierunku nawet jeszcze pierwszego kroku. Dopóki więc nie postawimy
diagnozy, trudno oczekiwać, że znajdziemy skuteczną terapię. Na dodatek kryzys
goni kryzys. Tak, łatwo ustosunkować się do kryzysów polityczno-gospodarczych,
w które coraz częściej wpadamy (wywołanych wojnami, zjawiskami pogodowymi, epidemiami,
krachami giełdowymi czy wzrostami cen paliw i energii). Ale kryzys, przed
którym stoimy, jest słabiej określony w czasie i przestrzeni, słabiej
zdefiniowany, nie do końca nazwany. Jest to kryzys społeczny, będący jednak
kryzysem w pełnym tego słowa znaczeniu. Głęboki kryzys zaufania,
odpowiedzialności, tożsamości, poczucia wspólnoty i sprawczości.
Historia wielokrotnie zmuszała Polaków do zweryfikowania swoich poglądów na
rzeczywistość, do dokonania samooceny i wyciągnięcia z niej wniosków. Takie
otrzeźwienia wywoływały wojny, rozbiory, znalezienie się pod butem systemu
totalitarnego. Dziś jednak nie możemy czekać na kolejną katastrofę, która
uświadomi nam, że znaleźliśmy się w kryzysie. Tym razem kryzys nie nadszedł ze
szczękiem gąsienic czołgów łamiących rogatki graniczne. Ale już tu jest.
Zadomowił się po cichu, w społeczeństwie, które zapomniało, co je łączy i co
daje mu siłę, które przestało wierzyć, że potrafi obrać wspólny kurs. A państwa
nie upadają wyłącznie wtedy, gdy przegrywają wojny. Upadają wtedy, gdy tracą
zdolność do uczenia się, wyciągania wniosków z własnych błędów i dostosowywania
się do nowych realiów. Nie zawsze wygrywają najsilniejsi. Wygrywają ci, którzy
potrafią zmienić sposób myślenia,
zanim rzeczywistość zrobi to za nich.
Dziś nie przegrywamy dlatego,
że jesteśmy słabsi od innych. Przegrywamy dlatego, że przestaliśmy wierzyć we
własną siłę i sprawczość. Zgubiliśmy kierunek. Puściliśmy stery, nie wiedząc,
gdzie chcemy dotrzeć. Gdzie leży nasz interes. Musimy więc złapać ten ster, gdyż naród,
który przestaje sam wyznaczać własny kurs, prędzej czy później zaczyna płynąć, tam
dokąd wieje cudzy wiatr.

Komentarze
Prześlij komentarz