Kiedy większość zaczyna myśleć za nas.
W miarę jak obywatele stają się sobie coraz bardziej
równi, przestają widzieć w innych ludziach (i w całych warstwach społecznych) naturalne
autorytety. W tej samej chwili rośnie jednak wiara w masy, a opinia publiczna
zaczyna obejmować rządy nad światem. Jak pisał Tocqueville, opinia zyskuje w
społeczeństwie demokratycznym bez porównania większe znaczenie niż gdziekolwiek
indziej. I nikt specjalnie się temu nie dziwi, bo przecież brzmi to jak postęp.
Alexis de Tocqueville, który obserwował ten mechanizm w
dziewiętnastowiecznej Ameryce, zauważał coś, co dziś wybrzmiewa niepokojąco
świeżo: człowiek nie jest w stanie samodzielnie zweryfikować wszystkich prawd,
na których opiera codzienne życie. Nie ma na to ani czasu, ani narzędzi. Musi
przyjąć mnóstwo faktów i opinii, do których doszli inni albo które zostały
powszechnie przyjęte. Nie robi tego wyłącznie z wygody – zmusza go do tego sama
ludzka kondycja i długość życia.
Zależność od wiedzy innych nie jest jeszcze
konformizmem. Nikt z nas nie sprawdza samodzielnie działania antybiotyku,
odległości Ziemi od Słońca czy wytrzymałości mostu, po którym właśnie
przejeżdża. Musimy ufać cudzej wiedzy. Problem zaczyna się wtedy, gdy z
rozsądnego założenia „inni mogą wiedzieć więcej ode mnie” przechodzimy
niepostrzeżenie do zupełnie innego: „skoro większość tak uważa, większość
zapewne ma rację”.
Tocqueville dostrzegał właśnie ten paradoks. W epoce
równych ludzie nie wierzą już bezwarunkowo pojedynczym autorytetom, ponieważ
nie widzą w drugim człowieku kogoś z natury stojącego wyżej. Ten sam fakt
podobieństwa sprawia jednak, że nabierają ogromnego zaufania do opinii
publicznej. Pogląd podzielany przez tysiące czy miliony zaczyna nabierać
ciężaru, którego pojedynczy człowiek nie posiada.
Sto lat później Solomon Asch pokazał eksperymentalnie
jeden z mechanizmów, które mogą stać za takim podporządkowaniem opinii
większości. W jego badaniach ludzie potrafili przyłączyć się do jednomyślnie
błędnej odpowiedzi grupy nawet wtedy, gdy prawidłową odpowiedź mogli zobaczyć
na własne oczy. Nie wszyscy i nie zawsze – ale wystarczająco często, żeby
pokazać, że jednomyślność otoczenia potrafi osłabić pewność własnego osądu.
Co ważne, uczestnicy eksperymentów nie zawsze naprawdę wierzyli,
że większość ma rację. Część po prostu nie chciała wystąpić przeciwko grupie.
Konformizm nie musi więc oznaczać przejęcia cudzych przekonań. Czasem
wystarczy, że przestajemy wypowiadać własne zdanie podejrzewając, że skoro
wszyscy widzą coś inaczej, być może to właśnie z naszym wzrokiem jest coś nie
tak.
Presja opinii publicznej nie jest oczywiście wynalazkiem nowym. Powstała znacznie wcześniej niż media i internet. Jak powiedział pewien szlachcic w ostatnio modnym serialu „1670”, którego kilka odcinków obejrzałem (uniesiony falą jego popularności, a może poddając się opisywanej presji społecznej) : „Zawsze, jak mam coś zrobić, zadaję sobie jedno bardzo ważne pytanie: co ludzie powiedzą?”. Choć akcja rozgrywa się kilka wieków temu, wszyscy doskonale czują ten żart, właśnie dlatego, że mechanizm jest ponadczasowy. Opinia innych zawsze miała znaczenie.
Zmieniło się jednak środowisko, w którym ją obserwujemy.
W czasach Tocqueville’a opinia publiczna kształtowała się w gazetach, salonach,
kościołach, stowarzyszeniach i na zgromadzeniach. Nie była wolna od interesów
politycznych ani ekonomicznych. Dzisiaj pojawił się jednak nowy pośrednik:
systemy rekomendacyjne, które współdecydują o tym, jakie fragmenty
rzeczywistości docierają do konkretnego człowieka.
Algorytm nie musi zamykać nas szczelnie w bańce ani
zmieniać naszych poglądów. Wystarczy, że wpływa na to, które głosy widzimy
częściej, które wydają się dominujące, a które sprawiają wrażenie marginalnych.
Systemy nie zostały zaprojektowane przede wszystkim jako mechanizmy ustalania
prawdy. Mają przewidywać, jakie treści uznamy za warte dalszej uwagi, obserwują
więc to, co zatrzymuje naszą uwagę i uczą się dostarczać nam więcej podobnych
bodźców.
I właśnie tutaj stary problem zyskuje nowy wymiar.
Dawniej człowiek podlegał opinii większości. Dzisiaj dodatkowo korzysta z
systemu, który współdecyduje o tym, jaką większość w ogóle zobaczy.
Nie trzeba sterować poglądami człowieka, żeby wpływać na
jego obraz społeczeństwa. Jeżeli pewne stanowisko widzimy bezustannie, możemy
zacząć przeceniać jego skalę poparcia i odwrotnie. A jeśli, jak pokazywał Asch,
jednomyślność otoczenia potrafi podważać pewność własnego osądu, pytanie o to,
kto i według jakich zasad organizuje nasze informacyjne otoczenie, przestaje
być tylko technicznym szczegółem.
Nie oznacza to, że wszyscy zostaliśmy zamknięci w
informacyjnych bańkach. Poza tym to, co widzimy, nie zawsze prowadzi do zmiany
naszych przekonań. Człowiek nie jest plasteliną, którą algorytm może dowolnie
uformować. Posiada on samodzielność myślenia, chociaż czasem mu ona ciąży.
Równość nie usuwa presji konformizmu. Czasem wystarczy wrażenie, że niemal
wszyscy wokół uważają coś przeciwnego. Człowiek poddany takiemu naciskowi
zbiorowości – nawet jeśli zbiorowość nie dowiodła swojej racji, a jedynie sprawia
wrażenie jednomyślnej – przestaje ufać własnemu osądowi, a często zaczyna
wątpić nie tylko w swoje siły, ale również w swoje racje. Pojawia się wspomniana
presja i z czasem możemy zacząć traktować cudzy pogląd, a czasem i interes jako
swój własny. Słabnie też wewnętrzny opór, bo nie ma przeciwko komu protestować,
skoro nikt formalnie do niczego nas nie zmusił.
W takich warunkach pytanie przestaje wtedy brzmieć
wyłącznie: „Czy to prawda?”. Pojawia się drugie, kołatające się w głowie
pytanie: „Czy inni też tak uważają?”. Szczególnie widoczne staje się to w epoce
mediów, które miały być naszym oknem na świat, a bywają również jego krzywym
zwierciadłem. Z jednej strony zbliżyły nas do ludzi władzy – widzimy ich błędy
i coraz trudniej traktować ich jak wyższy gatunek, którego przywileje wynikają
z naturalnego porządku rzeczy. Z drugiej pozwalają stworzyć środowisko, w
którym jedne opinie spotykamy bezustannie, a inne niemal znikają z pola
widzenia.
Funkcjonujemy więc w otoczeniu informacyjnym, które
wpływa na nasze wyobrażenie o tym, co myślą inni, a przez to również na
pewność, z jaką wypowiadamy własne zdanie.
W tym miejscu łatwo jednak wpaść w jeszcze jedną
pułapkę. Krytykując konformizm, możemy z dużą satysfakcją dojść do wniosku, że
problem dotyczy przede wszystkim innych. To oni żyją w bańkach. Oni powtarzają
cudze opinie. Nimi sterują algorytmy. My natomiast, rzecz jasna, myślimy
samodzielnie.
Byłoby to wyjątkowo wygodne, a zarazem stanowiłoby
zaprzeczenie wszystkiego, o czym tu piszę. Skoro mechanizmy konformizmu są
częścią ludzkiej psychiki, nie ma powodu zakładać, że autor tego tekstu albo
jego czytelnik są na nie szczególnie odporni (dla własnego więc dobra co jakiś
czas przypominam sobie – i wam też to radzę robić – że to, co widzę, nie jest
wiernym obrazem rzeczywistości).
Nie wystarczy samo sprzeciwianie się większości jako
potwierdzenie samodzielności myślenia. Człowiek, który uważa odwrotnie niż
wszyscy, z dużym prawdopodobieństwem może nie mieć racji. Poza tym jest od
opinii większości uzależniony równie mocno jak konformista, tyle że potrzebuje
jej do czegoś innego – po to, by
wiedzieć, czemu ma zaprzeczyć.
Trzeba też uczciwie dodać, że opinia większości nie jest
wyłącznie zagrożeniem. Szeroko podzielana opinia publiczna może być realnym
hamulcem dla zapędów władz państwowych czy kapitalistycznych elit. Demokracja
bez opinii publicznej byłaby właściwie niemożliwa. Problem zaczyna się nie
wtedy, kiedy większość myśli podobnie, lecz kiedy liczebność zaczyna zastępować
argument – gdy zamiast podważać, szukać i myśleć, rozglądamy się, kto myśli tak
samo i ilu nas jest.
Demokracja reprezentująca opinię większości wymaga więc od nas stałej pracy:
poszukiwania nowych źródeł informacji i ciągłego ich weryfikowania,
umiejętności odróżniania popularności informacji od jej wiarygodności, a także
kontaktu z ludźmi, których nie wybrał dla nas ani algorytm, ani nasze własne
upodobania. Nie gwarantuje to, że będziemy mieli rację. Daje nam jednak
przestrzeń, w której możemy się mylić z własnych powodów, zamiast mieć rację
wyłącznie dlatego, że wszyscy wokół akurat ją mają. Wciąż jesteśmy wolnymi
ludźmi, ale wolność myślenia nie kończy się na prawie do posiadania własnego
zdania. Zaczyna się od znacznie trudniejszego obowiązku: sprawdzania od czasu
do czasu, skąd właściwie się ono wzięło i czy rzeczywiście jest nasze.

Komentarze
Prześlij komentarz