Mamy wszystko, czego więc nam brakuje?
Jeszcze dwieście lat temu blisko połowa dzieci nie
dożywała piątego roku życia. Sto lat temu zdobycie środków na jedzenie i opału
na zimę zajmowało ludziom ponad połowę doby. Dziś w większości krajów
rozwiniętych umieramy głównie z przejedzenia, nie z głodu. Mimo to trwający od
dekad wzrost poziomu życia nie zawsze przekłada się na równie wyraźny wzrost
zadowolenia z życia. Dzisiejszy człowiek posiada więcej niż jego przodkowie kiedykolwiek
wcześniej w historii. Więcej środków finansowych i przedmiotów, więcej
możliwości oraz niemal nieograniczony dostęp do informacji. Więcej sposobów
podróżowania, komunikowania się, pracy i spędzania wolnego czasu. A jednak
ciągle mu mało. Gdzie więc leży problem?
W zbyt wygórowanych oczekiwaniach, porównywaniu się do niewłaściwej grupy, czy
krótkiej pamięci? Myślę, że w każdym po trochu.
Człowiek rzadko ocenia swoją sytuację w oderwaniu od
innych. Potrzebuje punktu odniesienia, a ten wybiera ze zbioru znacznie
węższego niż cała rzeczywistość. Nie porównujemy się przecież z chłopami zamieszkującymi
dwa wieki temu wschodnią Galicję czy z żyjącymi za dolara dziennie współczesnymi
mieszkańcami Burkina Faso. Porównujemy się przede wszystkim do tych, których
widzimy obok siebie (oraz często do tych, których widzimy na ekranach,
okładkach, billboardach). Nie pytamy więc: „Jak żyję na tle wszystkich ludzi?”,
tylko raczej: „Jak żyję na tle tych, wśród których żyję, na których patrzę?” i
te porównania zazwyczaj nam ciążą (tak jak Marcowi i Janet, bohaterom książki
Nassima Taleba „Zwiedzeni przez przypadek”, którzy cierpią, będąc najbiedniejszymi
mieszkańcami apartamentowca na Manhattanie).
Do tego stosunkowo szybko przyzwyczajamy się do poprawy
warunków życia. Nie oznacza to, że po każdej zmianie wracamy dokładnie do tego
samego poziomu zadowolenia, ale często to, co jeszcze niedawno było
osiągnięciem, zbytkiem i źródłem radości, dziś jest już dla nas oczywistością. Kupujemy
wymarzone mieszkanie, które po kilku latach zaczyna wydawać się nam zbyt ciasne.
Kupujemy nowy samochód, który po kilku miesiącach właściwie przestajemy
zauważać, choć jeszcze niedawno wydawał się luksusem. Bogacimy się, ale wraz z
poziomem życia przesuwa się również punkt, od którego zaczynamy mierzyć własny
dobrobyt.
Ten mechanizm nie jest zresztą nowy, tyle że dziś
wyniesiony został na inny poziom. Jesteśmy niesieni przez kulturę ciągłej
konsumpcji i wymiany. Towaru jest całe morze, globalny handel daje nam wybór, o
którym poprzednie pokolenia nie mogły nawet marzyć, a reklama przypomina, że
niemal każdą rzecz, którą już posiadamy, można zastąpić nowszą. Oczy widzą, to
sercu żal. I choć w dążeniu do dobrobytu czy w odrobinie zbytku nie niczego
złego, po drodze gubimy coś subtelniejszego, czego sama w sobie konsumpcja nie
gwarantuje – radości z posiadania, pewnego sentymentu do rzeczy, docenienia
tego, co już mamy, zamiast traktowania każdego zakupu jako przystanku w drodze
do następnego.
Kupujemy nie tylko przedmioty. Kupujemy również
znaczenia, które zostały do nich przyczepione. Samochód może być wskaźnikiem sukcesu,
zegarek pozycji, ubranie przynależności, telefon nowoczesności. Kupujemy
status. Kupujemy wyobrażenie sukcesu. Czasem nawet potwierdzenie własnej
wartości. A skoro wartość trzeba potwierdzać na nowo, konsumpcja nie ma
naturalnego końca. To, co wczoraj było luksusem, jutro może stać się normą.
Nie jest przypadkiem, że reklama od dawna tak chętnie
łączy produkty z osobistym sukcesem, niezależnością, atrakcyjnością czy
przynależnością do pożądanej grupy. Kapitalizm nie obudził w ludziach ambicji –
posiadali ją od zawsze. Nauczył się jednak wyjątkowo skutecznie na niej
zarabiać. Historia nowoczesnej reklamy pokazuje, jak konsumpcja stopniowo
stawała się nie tylko sposobem zaspokajania potrzeb, lecz także narzędziem
budowania tożsamości, a badania nad reklamą pokazują, że jednym z jej
mechanizmów jest właśnie wywołanie porównania z pożądaną grupą i sugerowanie,
że ten, a nie inny produkt może przybliżyć nas do jej świata. Pochwała
indywidualnego sukcesu jest dla rynku wyjątkowo użyteczna: człowiek, który stale
musi udowadniać, że pnie się w górę, jest również człowiekiem, któremu stale
można coś sprzedać.
Sam kult pracy też nie jest wynalazkiem naszych czasów.
Dawne społeczeństwa potrafiły nadać pracy rangę obowiązku moralnego,
religijnego, rodzinnego czy obywatelskiego. Człowiek miał pracować, ponieważ
należało utrzymać rodzinę, spełnić obowiązek wobec wspólnoty, zasłużyć na
szacunek albo po prostu nie być ciężarem dla innych. Nie znaczy to, że ludzie
byli wtedy szlachetniejsi, czy mniej zainteresowani własnym losem. Inaczej po
prostu uzasadniano konieczne wysiłki. Dzisiaj praca coraz częściej staje się
projektem indywidualnym: ma nie tylko zapewnić utrzymanie, ale również rozwój,
samorealizację, status i potwierdzenie, że wykorzystujemy własny potencjał.
Dawniej wystarczało być człowiekiem pracowitym. Dzisiaj trzeba bezustannie stawać
się „lepszą wersją siebie” (nie tylko w pracy, ale także poza nią).
Możliwości samorealizacji jest mnóstwo, a ich
urzeczywistnienie zaczyna momentami przypominać obowiązek. Skoro można
podróżować, trzeba podróżować. Skoro stać nas na nowy samochód, trzeba go mieć.
Skoro można zmienić pracę, mieszkanie, miasto czy styl życia, pozostanie w
jednym miejscu zaczyna wyglądać bardziej jak porażka niż wybór. Nawet tak
potrzebny odpoczynek potrafimy zamienić w projekt, a hobby w biznes – bo wolny
czas, w którym niczego nie produkujemy, łatwo uznać za zmarnowany.
Ten sam język odnajdujemy w opowieści przekonującej, że
każdy może osiągnąć wszystko, jeśli będzie tylko wystarczająco ciężko pracował.
Jest w niej oczywiście część prawdy: wysiłek, przedsiębiorczość i konsekwencja
naprawdę zwiększają szanse na sukces. Problem zaczyna się wtedy, gdy możliwość
zamienia się w obietnicę, której niespełnienie się wywołuje moralną ocenę. Nie
udało ci się? Za mało pracowałeś. Nie zarabiasz wystarczająco? Zapewne nie
jesteś dość przedsiębiorczy. Takie podejście pozwala sukces przedstawiać niemal
wyłącznie jako zasługę jednostki, a porażkę – jako jej osobisty problem.
Ten ideał selfmademan-a jest szczególnie silny w
kulturze amerykańskiej, choć nie oznacza to, że większość Amerykanów uważa
biednych za leniwych. Ważniejszy jest sam mit równych możliwości: przekonanie,
że skoro droga od zera do milionera istnieje, wszyscy w zasadzie mają do niej dostęp.
Tymczasem nie wszyscy startujemy w tym samym miejscu. Jak wskazuje Jared
Diamond w „Kryzysach…”, w Stanach Zjednoczonych dzieci zamożnych kończą studia
dziesięciokrotnie częściej niż dzieci ubogich. Słyszeliście prześmiewcze
przysłowie „starannie dobieraj sobie rodziców”? Nie oznacza to, że awans
społeczny jest niemożliwy. Oznacza jedynie, że punkt startowy ma ogromne
znaczenie, a zasady gry nie są dla wszystkich jednakowe. Droga „od zera do
milionera” istnieje. Mitem jest raczej przekonanie, że jest równie dostępna dla
wszystkich.
Wskazywanie tych ograniczeń nie oznacza jednak, że
trzeba odrzucić cały system, w którym żyjemy, ani udawać, że jego
przeciwieństwa okazały się bardziej egalitarne czy choćby humanitarne. Moja
stosunkowo częsta krytyka zachodniego stylu życia, kapitalizmu czy demokracji
nie jest automatycznie pochwałą socjalizmu ani chęcią rezygnacji z wolności.
Jestem bowiem świadomy, że możliwość takiej krytyki należy przecież do osiągnięć
systemu, który krytykuję (łatwo wyliczać jego wady, żyjąc w społeczeństwie, w
którym można to robić publicznie – krzyczeć, że prawo sprzyja silniejszym,
politycy są nieudolni, a system niesprawiedliwy – i następnego dnia nadal
spokojnie zjeść śniadanie. W systemach totalitarnych podobna swoboda nigdy nie
była oczywistością. Jak zauważał Czesław Miłosz, walory komunizmu najłatwiej
dostrzegało się z zewnątrz).
Nie chodzi więc o wybór między bezkrytycznym zachwytem
Zachodem, a jego odrzuceniem. Można jednocześnie uważać wolność jednostki,
praworządność i możliwość zmiany władzy za ogromne osiągnięcia oraz dostrzegać,
że społeczeństwo wolnych ludzi potrafi wytworzyć własne formy zniewolenia –
znacznie łagodniejsze, najczęściej dobrowolne i pozbawione policjanta stojącego
za plecami – oraz kulturę, która łechce naszą próżność, bezustannie wskazując
nam to, czego jeszcze nam brakuje, mówiąc nam, kogo stawiać za wzór i jak powinno
wyglądać udane życie. Wolność wyboru pozostaje wolnością, nawet jeśli ulegamy
różnym formom manipulacji.
I może właśnie tutaj wracamy do właściwego problemu. Nie
jest nim to, że mamy za dużo. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie potrafimy
powiedzieć: „Mam wystarczająco”. Współczesny człowiek potrzebuje pieniędzy nie
tylko po to, żeby zaspokajać konkretne potrzeby. Pieniądze stają się także
miarą możliwości, bezpieczeństwa, pozycji i sukcesu. Nie wystarczy dach nad
głową, jeśli dom sąsiada wygląda lepiej. Nie wystarczy samochód, który po
prostu jeździ, jeśli cudzy ma ekran wielkości telewizora. Gdy punkt odniesienia
przesuwa się razem z nami, nawet realny wzrost dobrobytu może nie dawać
poczucia, że wreszcie dotarliśmy na miejsce.
Nie oznacza to jednak, że receptą jest proste: „naucz
się być wdzięczny”. Byłoby to zbyt wygodne przerzucenie całej odpowiedzialności
na jednostkę. Nasze aspiracje nie powstają w próżni. Kształtują je reklama,
media, otoczenie, normy społeczne i realne różnice w poziomie życia. Pieniądze
i kupowane za nie dobra zapewniają poczucie bezpieczeństwa, choć służą też za
oznaki pozycji, nierówności wywołują z kolei poczucie zagrożenia, dostarczając
jednocześnie coraz wyżej położonych punktów odniesienia. Czy jednostka jest więc
bezwolną ofiarą systemu? Nie, ale indywidualna decyzja o powiedzeniu „dość”
podejmowana jest pod stałą presją świata, który w tym układzie ekonomiczno-społecznym
kręci się sprawnie wtedy, kiedy mówimy „jeszcze”.
Dlatego zmiana indywidualna i zmiana otoczenia nie muszą się wykluczać, mało
tego, powinny się uzupełniać. Można przecież piętnować najbardziej agresywne
formy marketingu (żerującego na poczuciu niedostatku) i dążyć do ograniczania
skrajnych nierówności, jednocześnie wartościować własne kryteria sukcesu. Żaden
system nie zdecyduje za człowieka, co jest dla niego dobre, wystarczające. Sam
musi zadbać o to, by nie uczynić z cudzego życia stałej miary własnego. Sam
musi odpowiedzieć na pytanie, w którym miejscu ustawić sobie metę. Sukces nie
musi bowiem oznaczać wyprzedzenia wszystkich innych. Być może luksusem nie jest
posiadanie wszystkiego. Być może jest nim zwyczajna możliwość powiedzenia sobie:
„To mi wystarczy”.

Komentarze
Prześlij komentarz